Strony

niedziela, 29 marca 2026

„Diabeł i dziewczyna” – krzyk, którego świat nie chciał usłyszeć

 

„Diabeł i dziewczyna” w Teatrze Nowym w Poznaniu to spektakl, który nie daje widzowi komfortu. Nie prowadzi za rękę, nie łagodzi emocji, nie próbuje nikogo uspokajać. I właśnie dlatego działa z taką siłą. To teatr mocny, poruszający, bezkompromisowy - dokładnie taki, jaki cenię najbardziej.

To przedstawienie nie jest jedynie sceniczną opowieścią o Sinéad O’Connor jako ikonie popkultury czy „kontrowersyjnej” artystce, jak przez lata próbowano ją upraszczać. Twórcy sięgają znacznie głębiej. Pokazują kobietę z krwi i kości - zranioną, walczącą, samotną, ale jednocześnie nieprawdopodobnie silną. I właśnie dlatego ten spektakl trafia tak głęboko.

Najmocniejszym i najbardziej przejmującym wątkiem całego przedstawienia jest relacja Sinéad z matką - bolesna, toksyczna, pełna ran, które nigdy naprawdę się nie zabliźniły. To właśnie ten wymiar czyni ten spektakl tak prawdziwym. Bo pod warstwą buntu, religijnych symboli i społecznych oskarżeń kryje się historia najbardziej intymna z możliwych: historia córki, która przez całe życie niesie w sobie ślad dziecięcej krzywdy.

Na szczególne uznanie zasługują Mateusz Wróblewicz jako Bruno oraz Weronika Asińska jako Sinéad O’Connor. Oboje są po prostu rewelacyjni.


Mateusz Wróblewicz buduje postać Bruno z ogromnym wyczuciem. Nie przerysowuje, nie narzuca się, nie szuka taniego efektu. Jest obecny z pełną intensywnością, z nerwem, prawdą i bardzo precyzyjnie dawkowanymi emocjami. To rola niezwykle ważna dla konstrukcji całego spektaklu - mocna, wyrazista i zapadająca w pamięć.

Weronika Asińska jako Sinéad O’Connor jest natomiast absolutnie hipnotyzująca. Nie gra jedynie znanej postaci - ona wydobywa jej wnętrze. Pokazuje bunt, cierpienie, wrażliwość, gniew, bezradność i ogromną potrzebę miłości. To nie jest łatwa rola, bo wymaga jednocześnie siły i kruchości. Asińska doskonale balansuje między tymi skrajnościami. Jej Sinéad nie jest pomnikiem ani legendą - jest człowiekiem. Zranionym, walczącym, desperacko próbującym ocalić siebie.

Jeśli jednak wskazać emocjonalne serce tego spektaklu, to byłaby nim właśnie relacja Sinéad z matką. Edyta Łukaszewska jako Maria O’Connor tworzy postać niejednoznaczną, trudną i niezwykle ważną dla całej dramaturgii przedstawienia. Jej obecność na scenie ciąży nad losem bohaterki niemal jak fatum.


W kontekście biografii Sinéad O’Connor ten wątek wybrzmiewa szczególnie mocno. Jej rodzicami byli John O’Connor i Marie O’Connor. Sinéad była trzecim z pięciorga dzieci. Rodzice artystki rozwiedli się, gdy miała zaledwie osiem lat. Troje starszych dzieci zamieszkało z matką. Sama Sinéad wielokrotnie mówiła później o przemocy i cierpieniu, jakiego doświadczała w dzieciństwie, skarżąc się, że matka się nad nią znęcała. Ostatecznie jej ojciec, John O’Connor, wywalczył prawo do opieki nad dziećmi - co w ówczesnej Irlandii było niemal bez precedensu. Stał się później przewodniczącym Divorce Action Group i jednym z czołowych publicznych głosów w tej sprawie.

To ważny kontekst, bo spektakl nie opowiada o bólu w oderwaniu od rzeczywistości. Przeciwnie -  osadza go w konkretnej historii rodzinnej, społecznej i kulturowej. I właśnie dlatego sceny między Weroniką Asińską a Edytą Łukaszewską są tak przejmujące. To nie są zwykłe dialogi. To są starcia pamięci, bólu, tęsknoty, gniewu i niemożności wybaczenia.


Ogromne brawa należą się także całemu zespołowi, bo to spektakl zespołowy, w którym każda rola ma znaczenie:

Ildefons Stachowiak – Pan Diabeł

Aleksander Machalica – Jan Paweł II

Waldemar Szczepaniak – Jan, przewodniczący komisji

Janusz Grenda – Kardynał Uno

Paweł Hadyński – Kardynał Secundo

Dawid Ptak – Platon, Jezus

Dariusz Pieróg – Hierarchia kościelna, Premier Irlandii, Laura Viscuna Pino, Jose Sanches del Rio

oraz statyści


Każdy z nich wnosi do spektaklu coś istotnego - napięcie, symbol, ciężar instytucji, presję zbiorowości, chłód systemu albo duchowy niepokój. Nie ma tu ról przypadkowych. To przedstawienie zbudowane z mocnych, precyzyjnych obecności scenicznych.

Nie sposób mówić o Sinéad O’Connor i nie przywołać jednego z najbardziej symbolicznych momentów w historii jej buntu. 3 października 1992 roku, kilka tygodni po premierze albumu Am I Not Your Girl?, podczas programu Saturday Night Live wykonała a cappella utwór „War” Boba Marleya, po czym podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II.

Dla świata był to „skandal”. Dla niej - akt rozpaczy, sprzeciwu i prawdy.

Sinéad zaprotestowała w ten sposób przeciwko milczeniu Watykanu wobec przemocy, wobec krzywdy dzieci i wobec tego, co przez lata było zamiatane pod dywan - ukrywania przez irlandzki Kościół katolicki pedofilskich dramatów, o których świat dowiedział się później w pełnej skali. To nie był tani gest pod publiczkę. To nie była prowokacja dla rozgłosu. To był krzyk kobiety, która sama znała smak przemocy, upokorzenia i bezsilności.

Dwa tygodnie później została wygwizdana podczas koncertu poświęconego twórczości Boba Dylana w Nowym Jorku. Publicznie ją potępiano, niszczono jej płyty, robiono z niej symbol „obrazy uczuć”, zamiast spróbować usłyszeć, o czym naprawdę krzyczała. Po latach przeprosiła papieża za sam gest, ale jednocześnie przyznała, że nie żałuje tego, co zrobiła. I trudno się temu dziwić. Bo historia brutalnie pokazała, że miała odwagę powiedzieć głośno to, czego inni bali się nawet nazwać.

I właśnie dlatego ten moment tak mocno rezonuje z „Diabłem i dziewczyną”. Bo ten spektakl bardzo wyraźnie pokazuje, że bunt Sinéad nie wziął się z kaprysu ani potrzeby szokowania. On wyrósł z bólu. Z dzieciństwa naznaczonego raną. Z relacji z matką, która zamiast dawać bezpieczeństwo, stawała się źródłem cierpienia. Z doświadczenia świata, w którym autorytety częściej chroniły własny wizerunek niż słabszych.

Największą siłą tego przedstawienia jest to, że nie zatrzymuje się na najbardziej medialnych momentach z życia Sinéad O’Connor. Nie chodzi tu wyłącznie o skandal, Kościół, publiczne bunty czy symboliczne gesty. Owszem, ten kontekst jest obecny i wybrzmiewa bardzo mocno, ale twórcy zadają znacznie ważniejsze pytanie:

Skąd bierze się bunt?

Co musi wydarzyć się w człowieku, żeby jego krzyk stał się tak donośny?

I odpowiedź, jaką daje spektakl, jest bolesna: bardzo często bunt rodzi się z dziecięcej krzywdy, z przemocy, z odrzucenia, z niezagojonej relacji z najbliższymi.

 Dlatego właśnie „Diabeł i dziewczyna” tak mocno porusza. Bo nie opowiada o „kontrowersyjnej gwieździe”. Opowiada o kobiecie, która została osądzona za to, że za wcześnie powiedziała prawdę.

Teatr Nowy w Poznaniu pokazał spektakl mocny, poruszający, bezkompromisowy - taki, który zostaje w głowie i sercu na długo po wyjściu z sali.


To przedstawienie ma siłę nie dlatego, że opowiada o wielkiej postaci, ale dlatego, że pokazuje ją od strony najbardziej ludzkiej: z całym ciężarem traumy, buntu, samotności i potrzeby miłości.

Sinéad O’Connor nie była skandalem. Była raną, która odważyła się mówić. A „Diabeł i dziewczyna” w Teatrze Nowym w Poznaniu przypomina, jak często świat karze tych, którzy za wcześnie wypowiadają prawdę.

 

Kasia

*Zdjęcia Teatr Nowy



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz