„Diabeł i dziewczyna” w Teatrze Nowym w Poznaniu to spektakl, który nie daje widzowi komfortu. Nie prowadzi za rękę, nie łagodzi emocji, nie próbuje nikogo uspokajać. I właśnie dlatego działa z taką siłą. To teatr mocny, poruszający, bezkompromisowy - dokładnie taki, jaki cenię najbardziej.
To przedstawienie nie jest jedynie
sceniczną opowieścią o Sinéad O’Connor jako ikonie popkultury czy
„kontrowersyjnej” artystce, jak przez lata próbowano ją upraszczać. Twórcy
sięgają znacznie głębiej. Pokazują kobietę z krwi i kości - zranioną, walczącą,
samotną, ale jednocześnie nieprawdopodobnie silną. I właśnie dlatego ten
spektakl trafia tak głęboko.
Najmocniejszym i najbardziej
przejmującym wątkiem całego przedstawienia jest relacja Sinéad z matką - bolesna,
toksyczna, pełna ran, które nigdy naprawdę się nie zabliźniły. To właśnie ten
wymiar czyni ten spektakl tak prawdziwym. Bo pod warstwą buntu, religijnych
symboli i społecznych oskarżeń kryje się historia najbardziej intymna z
możliwych: historia córki, która przez całe życie niesie w sobie ślad
dziecięcej krzywdy.
Na szczególne uznanie zasługują
Mateusz Wróblewicz jako Bruno oraz Weronika Asińska jako Sinéad O’Connor. Oboje
są po prostu rewelacyjni.
Mateusz Wróblewicz buduje postać Bruno z ogromnym wyczuciem. Nie przerysowuje, nie narzuca się, nie szuka taniego efektu. Jest obecny z pełną intensywnością, z nerwem, prawdą i bardzo precyzyjnie dawkowanymi emocjami. To rola niezwykle ważna dla konstrukcji całego spektaklu - mocna, wyrazista i zapadająca w pamięć.
Weronika Asińska jako Sinéad O’Connor jest natomiast absolutnie hipnotyzująca. Nie gra jedynie znanej postaci - ona wydobywa jej wnętrze. Pokazuje bunt, cierpienie, wrażliwość, gniew, bezradność i ogromną potrzebę miłości. To nie jest łatwa rola, bo wymaga jednocześnie siły i kruchości. Asińska doskonale balansuje między tymi skrajnościami. Jej Sinéad nie jest pomnikiem ani legendą - jest człowiekiem. Zranionym, walczącym, desperacko próbującym ocalić siebie.
Jeśli jednak wskazać emocjonalne serce tego spektaklu, to byłaby nim właśnie relacja Sinéad z matką. Edyta Łukaszewska jako Maria O’Connor tworzy postać niejednoznaczną, trudną i niezwykle ważną dla całej dramaturgii przedstawienia. Jej obecność na scenie ciąży nad losem bohaterki niemal jak fatum.
W kontekście biografii Sinéad
O’Connor ten wątek wybrzmiewa szczególnie mocno. Jej rodzicami byli John
O’Connor i Marie O’Connor. Sinéad była trzecim z pięciorga dzieci. Rodzice
artystki rozwiedli się, gdy miała zaledwie osiem lat. Troje starszych dzieci
zamieszkało z matką. Sama Sinéad wielokrotnie mówiła później o przemocy i
cierpieniu, jakiego doświadczała w dzieciństwie, skarżąc się, że matka się nad
nią znęcała. Ostatecznie jej ojciec, John O’Connor, wywalczył prawo do opieki
nad dziećmi - co w ówczesnej Irlandii było niemal bez precedensu. Stał się
później przewodniczącym Divorce Action Group i jednym z czołowych publicznych
głosów w tej sprawie.
To ważny kontekst, bo spektakl nie
opowiada o bólu w oderwaniu od rzeczywistości. Przeciwnie - osadza go w konkretnej historii rodzinnej,
społecznej i kulturowej. I właśnie dlatego sceny między Weroniką Asińską a
Edytą Łukaszewską są tak przejmujące. To nie są zwykłe dialogi. To są starcia
pamięci, bólu, tęsknoty, gniewu i niemożności wybaczenia.
Ogromne brawa należą się także
całemu zespołowi, bo to spektakl zespołowy, w którym każda rola ma znaczenie:
Ildefons Stachowiak – Pan Diabeł
Aleksander Machalica – Jan Paweł II
Waldemar Szczepaniak – Jan,
przewodniczący komisji
Janusz Grenda – Kardynał Uno
Paweł Hadyński – Kardynał Secundo
Dawid Ptak – Platon, Jezus
Dariusz Pieróg – Hierarchia
kościelna, Premier Irlandii, Laura Viscuna Pino, Jose Sanches del Rio
oraz statyści
Każdy z nich wnosi do spektaklu coś
istotnego - napięcie, symbol, ciężar instytucji, presję zbiorowości, chłód
systemu albo duchowy niepokój. Nie ma tu ról przypadkowych. To przedstawienie
zbudowane z mocnych, precyzyjnych obecności scenicznych.
Nie sposób mówić o Sinéad O’Connor
i nie przywołać jednego z najbardziej symbolicznych momentów w historii jej
buntu. 3 października 1992 roku, kilka tygodni po premierze albumu Am I Not
Your Girl?, podczas programu Saturday Night Live wykonała a cappella utwór
„War” Boba Marleya, po czym podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II.
Dla świata był to „skandal”. Dla
niej - akt rozpaczy, sprzeciwu i prawdy.
Sinéad zaprotestowała w ten sposób
przeciwko milczeniu Watykanu wobec przemocy, wobec krzywdy dzieci i wobec tego,
co przez lata było zamiatane pod dywan - ukrywania przez irlandzki Kościół
katolicki pedofilskich dramatów, o których świat dowiedział się później w
pełnej skali. To nie był tani gest pod publiczkę. To nie była prowokacja dla
rozgłosu. To był krzyk kobiety, która sama znała smak przemocy, upokorzenia i
bezsilności.
Dwa tygodnie później została
wygwizdana podczas koncertu poświęconego twórczości Boba Dylana w Nowym Jorku.
Publicznie ją potępiano, niszczono jej płyty, robiono z niej symbol „obrazy
uczuć”, zamiast spróbować usłyszeć, o czym naprawdę krzyczała. Po latach
przeprosiła papieża za sam gest, ale jednocześnie przyznała, że nie żałuje
tego, co zrobiła. I trudno się temu dziwić. Bo historia brutalnie pokazała, że
miała odwagę powiedzieć głośno to, czego inni bali się nawet nazwać.
I właśnie dlatego ten moment tak
mocno rezonuje z „Diabłem i dziewczyną”. Bo ten spektakl bardzo wyraźnie
pokazuje, że bunt Sinéad nie wziął się z kaprysu ani potrzeby szokowania. On
wyrósł z bólu. Z dzieciństwa naznaczonego raną. Z relacji z matką, która
zamiast dawać bezpieczeństwo, stawała się źródłem cierpienia. Z doświadczenia
świata, w którym autorytety częściej chroniły własny wizerunek niż słabszych.
Największą siłą tego przedstawienia
jest to, że nie zatrzymuje się na najbardziej medialnych momentach z życia
Sinéad O’Connor. Nie chodzi tu wyłącznie o skandal, Kościół, publiczne bunty
czy symboliczne gesty. Owszem, ten kontekst jest obecny i wybrzmiewa bardzo
mocno, ale twórcy zadają znacznie ważniejsze pytanie:
Skąd bierze się bunt?
Co musi wydarzyć się w człowieku,
żeby jego krzyk stał się tak donośny?
I odpowiedź, jaką daje spektakl,
jest bolesna: bardzo często bunt rodzi się z dziecięcej krzywdy, z przemocy, z
odrzucenia, z niezagojonej relacji z najbliższymi.
Teatr Nowy w Poznaniu pokazał
spektakl mocny, poruszający, bezkompromisowy - taki, który zostaje w głowie i
sercu na długo po wyjściu z sali.
To przedstawienie ma siłę nie
dlatego, że opowiada o wielkiej postaci, ale dlatego, że pokazuje ją od strony
najbardziej ludzkiej: z całym ciężarem traumy, buntu, samotności i potrzeby
miłości.
Sinéad O’Connor nie była skandalem.
Była raną, która odważyła się mówić. A „Diabeł i dziewczyna” w Teatrze Nowym w
Poznaniu przypomina, jak często świat karze tych, którzy za wcześnie
wypowiadają prawdę.
Kasia
*Zdjęcia Teatr Nowy





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz