wtorek, 6 października 2026

„Lalka” inna niż pozostałe… Perfekcyjny plan Netflixa czy totalne ryzyko?

 

Małgosia: Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu do wielkich polskich filmów kostiumowych, wśród nich ekranizacji narodowych powieści, i oto proszę  - obrodziło nam… Dwie „Lalki”, a w perspektywie „Noce i dnie”…

Kasia: I oczywiście Polacy nie doceniają tych propozycji, tylko wyszukują błędy i niezgodności z powieścią…

Małgosia: A podobno od przybytku głowa nie boli…

Kasia: Porozmawiajmy więc o propozycji Netflixa. Serial zadebiutował 16 września 2026 roku, a za kamerą stanął Paweł Maślona. Obsada? Trzeba przyznać, że imponująca! Tomasz Schuchardt jako Stanisław Wokulski, Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka, Dariusz Chojnacki w roli Ignacego Rzeckiego, Jacek Braciak jako Tomasz Łęcki, Magdalena Cielecka jako Kazimiera Wąsowska, Piotr Adamczyk jako baron Krzeszowski, Mateusz Król jako Julian Ochocki, Małgorzata Hajewska - Krzysztofik jako prezesowa Zasławska, Piotr Pacek jako Kazimierz Starski oraz Julia Wyszyńska jako Florentyna. Nazwiska, które rozbudzają oczekiwania. Tylko czy znakomita obsada wystarczy, żeby przekonać widzów do tak odważnej reinterpretacji literackiej klasyki?

Małgosia: Wydaje się, że Tomasz Schuchardt jest dość wiarygodny jako dawny powstaniec i zesłaniec. Wierzymy w jego rękę do finansów, ale także w jego miłość do Izabeli. Kiedy trzeba, jest bezwzględny, a kiedy akcja prowadzi go do uwielbianej kobiety, staje się zawstydzonym, niemrawym osobnikiem.

Kasia: Tylko czy to jeszcze romantyczny idealista, czy już człowiek niebezpiecznie owładnięty obsesją? Bo może największy dramat Wokulskiego polega na tym, że potrafi zdobyć niemal wszystko oprócz tego, czego pragnie najbardziej? I czy przypadkiem nie myli miłości z potrzebą posiadania? Współczesny widz może przecież zobaczyć w nim kogoś zupełnie innego niż nieszczęśliwego kochanka.

Małgosia: Kobiety zdobywa się wyłącznie siłą piękności, zdrowia, pieniędzy, pięści, a nie romantycznymi ofiarami - jak mawiała pani Meliton.

Kasia: Natomiast Izabela…

Małgosia: Miała być w zamiarach twórców nowoczesna i wyemancypowana. Moim zdaniem Łęcka Sandry Drzymalskiej nie pasuje ani do salonu arystokracji, ani do redakcji „Bluszczu”. Rozumiem tę kreację jako odzwierciedlenie tragedii bohaterki, która miota się, za wszelką cenę chce wyjechać do Paryża, a grzęźnie w bagnie.

Kasia: I tu pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju: czy twórcy rzeczywiście chcieli wyzwolić Izabelę z dziewiętnastowiecznych konwenansów, czy po prostu przepisali ją na język współczesnych oczekiwań? Czy każda bohaterka musi dziś być silna, niezależna i zbuntowana, żebyśmy uznali ją za interesującą? Przecież słabość, próżność i zagubienie Łęckiej również mogą być fascynujące. A może właśnie w tej niejednoznaczności tkwi jej prawdziwy dramat?

Małgosia: Szkoda mi bardzo Rzeckiego i nakręcania zabawek przez starego subiekta. Ale to kwestia wyboru, nie można mieć wszystkiego.

Kasia: Tylko czy bez Rzeckiego „Lalka” nie traci części swojej duszy? Przecież to nie tylko stary subiekt, ale również pamięć o świecie, który bezpowrotnie odchodzi. Jego samotność, wierność ideałom i rozczulająca wiara w ludzi są przecież niezwykle filmowe. Czy współczesne kino, nastawione na tempo i emocjonalne zwroty, ma jeszcze cierpliwość do takich bohaterów?

Małgosia: To, do czego tęskniłam, czyli kostium i scenografia epoki, mnie usatysfakcjonowało. Dziwnie tylko utrzymany został dysonans pomiędzy realiami wizualnymi epoki a językiem mocno wychodzącym poza wiek XIX.

Kasia: I zastanawiam się, czy ten dysonans to artystyczna niekonsekwencja, czy świadoma prowokacja. Z jednej strony zachwycamy się dziewiętnastowieczną Warszawą, z drugiej słyszymy bohaterów, którzy chwilami mogliby rozmawiać przy stoliku we współczesnej kawiarni. Czy to sposób na skrócenie dystansu między widzem a klasyką? A może moment, w którym kostium historyczny zaczyna przypominać tylko atrakcyjną dekorację dla zupełnie współczesnej opowieści?

Małgosia: Serial jest bardzo dobrze zmontowany, zwarty kompozycyjnie. Ma znamiona sensacji, groteski i horroru. Słusznie nazywa się go gatunkową zabawą. Skoro „Lalka” Prusa była nazywana powieścią realistyczną, kroniką, romansem i farsą, to nie dziwmy się spojrzeniu Maślony, który wydobywa z powieści wybrane motywy i dokłada do nich własne, inspirowane nią wątki alternatywne.

Kasia: Czyli zamiast grzecznej ilustracji lektury dostajemy literacką prowokację? I może właśnie dlatego ta „Lalka” tak intryguje. Ale gdzie przebiega granica między twórczą interpretacją a wykorzystaniem znanego tytułu do opowiedzenia zupełnie innej historii? Czy gdyby usunąć nazwisko Prusa i tytuł „Lalka”, ta opowieść nadal byłaby równie interesująca? A może to właśnie znajomość pierwowzoru sprawia, że każda zmiana wywołuje w nas tak silne emocje?

Małgosia: Wszyscy piszą o niezadowoleniu polonistek i polonistów, jakiego doczeka się „niewierny” serial. Uważam, że wręcz przeciwnie - serial może przyciągnąć do powieści, zredefiniować pojęcie „lektura obowiązkowa - nieczytana”. Polonistka raczej wykorzysta okazję i powie: „A nie mówiłam, że to takie ciekawe?”.

Kasia: I tutaj jako polonistka widzę naprawdę fascynującą możliwość. Bo czy nie o to właśnie chodzi w edukacji literackiej, żeby uczniowie zaczęli zadawać pytania, kwestionować, porównywać, a nawet się spierać? Wyobrażam sobie lekcję, na której młodzież z zapałem udowadnia, że filmowa Izabela nie ma nic wspólnego z tą Prusowską. Tylko żeby to udowodnić, trzeba przecież najpierw przeczytać powieść! Czy można wyobrazić sobie lepszą reklamę klasyki niż ekranizację, z którą chce się polemizować?

Małgosia: Wszystkie pytania o potraktowanie tematu - wiernie lub awangardowo - przez twórców serialu są właściwie możliwe dzięki tej wielkiej powieści. To „Lalka” Bolesława Prusa sprawiła, że możemy dywagować o tym, jak daleko lub jak blisko obrazom filmowym do litery powieści. Tak naprawdę każda z ekranizacji była w bezpośrednim odbiorze krytykowana. Te z 1968 i 1977 roku, z rolami Dmochowskiego, Kamasa, Tyszkiewicz i Braunek, również nie uniknęły krytyki. Nic więc dziwnego, że kolejni twórcy także podlegają ostrej ocenie.

Kasia: A może największy problem polega na tym, że każdy z nas nosi w sobie własną „Lalkę”? Własną twarz Wokulskiego, własną Izabelę, własne wyobrażenie Warszawy i tego niezwykłego świata. I każda ekranizacja musi przegrać z czyjąś wyobraźnią. Tylko dlaczego tak bardzo domagamy się wierności wobec powieści, która sama wymyka się jednoznacznym interpretacjom? Przecież Prus nie pozostawił nam prostych odpowiedzi, więc może nie powinniśmy oczekiwać ich również od reżysera.

Małgosia: Serial Maślony wprowadza do przestrzeni wielkich polskich powieści świeżość, zaskoczenie, intrygę. Już wiadomo, że się podoba, nie tylko polonistom i polonistkom.

Kasia: I może to jest największe zwycięstwo tej ekranizacji? Nie to, że wszyscy ją pokochają, ale że znów będziemy rozmawiać o Prusie. O miłości, pieniądzach, ambicji, społecznych podziałach i marzeniach, które potrafią zniszczyć człowieka. Bo przecież „Lalka” nie jest opowieścią wyłącznie o dziewiętnastowiecznej Warszawie. Jest także, a może przede wszystkim, opowieścią o nas. Zostaje mi więc jedno, przewrotne pytanie: czy bardziej powinniśmy bać się „Lalki” niewiernej Prusowi, czy takiej, która będzie mu wierna do ostatniego przecinka, ale nie poruszy już nikogo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz