Małgosia: Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu do wielkich polskich filmów kostiumowych, wśród nich ekranizacji narodowych powieści, i oto proszę - obrodziło nam… Dwie „Lalki”, a w perspektywie „Noce i dnie”…
Kasia: I
oczywiście Polacy nie doceniają tych propozycji, tylko wyszukują błędy i
niezgodności z powieścią…
Małgosia: A podobno
od przybytku głowa nie boli…
Kasia: Porozmawiajmy
więc o propozycji Netflixa. Serial zadebiutował 16 września 2026 roku, a za
kamerą stanął Paweł Maślona. Obsada? Trzeba przyznać, że imponująca! Tomasz
Schuchardt jako Stanisław Wokulski, Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka,
Dariusz Chojnacki w roli Ignacego Rzeckiego, Jacek Braciak jako Tomasz Łęcki,
Magdalena Cielecka jako Kazimiera Wąsowska, Piotr Adamczyk jako baron
Krzeszowski, Mateusz Król jako Julian Ochocki, Małgorzata Hajewska - Krzysztofik
jako prezesowa Zasławska, Piotr Pacek jako Kazimierz Starski oraz Julia
Wyszyńska jako Florentyna. Nazwiska, które rozbudzają oczekiwania. Tylko czy
znakomita obsada wystarczy, żeby przekonać widzów do tak odważnej
reinterpretacji literackiej klasyki?
Małgosia: Wydaje się,
że Tomasz Schuchardt jest dość wiarygodny jako dawny powstaniec i zesłaniec.
Wierzymy w jego rękę do finansów, ale także w jego miłość do Izabeli. Kiedy
trzeba, jest bezwzględny, a kiedy akcja prowadzi go do uwielbianej kobiety,
staje się zawstydzonym, niemrawym osobnikiem.
Kasia: Tylko czy to
jeszcze romantyczny idealista, czy już człowiek niebezpiecznie owładnięty
obsesją? Bo może największy dramat Wokulskiego polega na tym, że potrafi zdobyć
niemal wszystko oprócz tego, czego pragnie najbardziej? I czy przypadkiem nie
myli miłości z potrzebą posiadania? Współczesny widz może przecież zobaczyć w
nim kogoś zupełnie innego niż nieszczęśliwego kochanka.
Małgosia: Kobiety
zdobywa się wyłącznie siłą piękności, zdrowia, pieniędzy, pięści, a nie
romantycznymi ofiarami - jak mawiała pani Meliton.
Kasia: Natomiast
Izabela…
Małgosia: Miała być w
zamiarach twórców nowoczesna i wyemancypowana. Moim zdaniem Łęcka Sandry
Drzymalskiej nie pasuje ani do salonu arystokracji, ani do redakcji „Bluszczu”.
Rozumiem tę kreację jako odzwierciedlenie tragedii bohaterki, która miota się,
za wszelką cenę chce wyjechać do Paryża, a grzęźnie w bagnie.
Kasia: I tu
pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju: czy twórcy rzeczywiście chcieli
wyzwolić Izabelę z dziewiętnastowiecznych konwenansów, czy po prostu przepisali
ją na język współczesnych oczekiwań? Czy każda bohaterka musi dziś być silna,
niezależna i zbuntowana, żebyśmy uznali ją za interesującą? Przecież słabość,
próżność i zagubienie Łęckiej również mogą być fascynujące. A może właśnie w
tej niejednoznaczności tkwi jej prawdziwy dramat?
Małgosia: Szkoda mi
bardzo Rzeckiego i nakręcania zabawek przez starego subiekta. Ale to kwestia
wyboru, nie można mieć wszystkiego.
Kasia: Tylko czy
bez Rzeckiego „Lalka” nie traci części swojej duszy? Przecież to nie tylko
stary subiekt, ale również pamięć o świecie, który bezpowrotnie odchodzi. Jego
samotność, wierność ideałom i rozczulająca wiara w ludzi są przecież niezwykle
filmowe. Czy współczesne kino, nastawione na tempo i emocjonalne zwroty, ma
jeszcze cierpliwość do takich bohaterów?
Małgosia: To, do
czego tęskniłam, czyli kostium i scenografia epoki, mnie usatysfakcjonowało.
Dziwnie tylko utrzymany został dysonans pomiędzy realiami wizualnymi epoki a
językiem mocno wychodzącym poza wiek XIX.
Kasia: I
zastanawiam się, czy ten dysonans to artystyczna niekonsekwencja, czy świadoma
prowokacja. Z jednej strony zachwycamy się dziewiętnastowieczną Warszawą, z
drugiej słyszymy bohaterów, którzy chwilami mogliby rozmawiać przy stoliku we
współczesnej kawiarni. Czy to sposób na skrócenie dystansu między widzem a
klasyką? A może moment, w którym kostium historyczny zaczyna przypominać tylko
atrakcyjną dekorację dla zupełnie współczesnej opowieści?
Małgosia: Serial jest
bardzo dobrze zmontowany, zwarty kompozycyjnie. Ma znamiona sensacji, groteski
i horroru. Słusznie nazywa się go gatunkową zabawą. Skoro „Lalka” Prusa była
nazywana powieścią realistyczną, kroniką, romansem i farsą, to nie dziwmy się
spojrzeniu Maślony, który wydobywa z powieści wybrane motywy i dokłada do nich
własne, inspirowane nią wątki alternatywne.
Kasia: Czyli
zamiast grzecznej ilustracji lektury dostajemy literacką prowokację? I może
właśnie dlatego ta „Lalka” tak intryguje. Ale gdzie przebiega granica między
twórczą interpretacją a wykorzystaniem znanego tytułu do opowiedzenia zupełnie
innej historii? Czy gdyby usunąć nazwisko Prusa i tytuł „Lalka”, ta opowieść
nadal byłaby równie interesująca? A może to właśnie znajomość pierwowzoru
sprawia, że każda zmiana wywołuje w nas tak silne emocje?
Małgosia: Wszyscy
piszą o niezadowoleniu polonistek i polonistów, jakiego doczeka się „niewierny”
serial. Uważam, że wręcz przeciwnie - serial może przyciągnąć do powieści,
zredefiniować pojęcie „lektura obowiązkowa - nieczytana”. Polonistka raczej
wykorzysta okazję i powie: „A nie mówiłam, że to takie ciekawe?”.
Kasia: I tutaj
jako polonistka widzę naprawdę fascynującą możliwość. Bo czy nie o to właśnie
chodzi w edukacji literackiej, żeby uczniowie zaczęli zadawać pytania,
kwestionować, porównywać, a nawet się spierać? Wyobrażam sobie lekcję, na
której młodzież z zapałem udowadnia, że filmowa Izabela nie ma nic wspólnego z
tą Prusowską. Tylko żeby to udowodnić, trzeba przecież najpierw przeczytać
powieść! Czy można wyobrazić sobie lepszą reklamę klasyki niż ekranizację, z
którą chce się polemizować?
Małgosia: Wszystkie
pytania o potraktowanie tematu - wiernie lub awangardowo - przez twórców
serialu są właściwie możliwe dzięki tej wielkiej powieści. To „Lalka” Bolesława
Prusa sprawiła, że możemy dywagować o tym, jak daleko lub jak blisko obrazom
filmowym do litery powieści. Tak naprawdę każda z ekranizacji była w
bezpośrednim odbiorze krytykowana. Te z 1968 i 1977 roku, z rolami
Dmochowskiego, Kamasa, Tyszkiewicz i Braunek, również nie uniknęły krytyki. Nic
więc dziwnego, że kolejni twórcy także podlegają ostrej ocenie.
Kasia: A może
największy problem polega na tym, że każdy z nas nosi w sobie własną „Lalkę”?
Własną twarz Wokulskiego, własną Izabelę, własne wyobrażenie Warszawy i tego
niezwykłego świata. I każda ekranizacja musi przegrać z czyjąś wyobraźnią.
Tylko dlaczego tak bardzo domagamy się wierności wobec powieści, która sama
wymyka się jednoznacznym interpretacjom? Przecież Prus nie pozostawił nam
prostych odpowiedzi, więc może nie powinniśmy oczekiwać ich również od reżysera.
Małgosia: Serial
Maślony wprowadza do przestrzeni wielkich polskich powieści świeżość,
zaskoczenie, intrygę. Już wiadomo, że się podoba, nie tylko polonistom i
polonistkom.
Kasia: I może to
jest największe zwycięstwo tej ekranizacji? Nie to, że wszyscy ją pokochają,
ale że znów będziemy rozmawiać o Prusie. O miłości, pieniądzach, ambicji,
społecznych podziałach i marzeniach, które potrafią zniszczyć człowieka. Bo
przecież „Lalka” nie jest opowieścią wyłącznie o dziewiętnastowiecznej
Warszawie. Jest także, a może przede wszystkim, opowieścią o nas. Zostaje mi
więc jedno, przewrotne pytanie: czy bardziej powinniśmy bać się „Lalki”
niewiernej Prusowi, czy takiej, która będzie mu wierna do ostatniego przecinka,
ale nie poruszy już nikogo?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz